„A jeśli się nie uda?” – moja osobista historia dla Ciebie

Ex mąż porzucił mnie i 6-miesięczne dziecko, a potem próbował mnie zabić.

– Wiesz, Marta – opowiadałam ostatnio swoją historię jednej kobiecie. I zauważyłam, że kiedy tylko dochodzimy do momentu o lękach, kobietom od razu robi się miękko w oczach. Bo to nie jest historia o biznesie. To jest historia o przeżyciu.

– To opowiedz i mi – poprosiła. – Bo ja też stoję w miejscu. Ciągle się boję, że nie jestem gotowa albo coś spitolę.

– Nie miałam nic – Ani pieniędzy, ani zasobów. Bez prawa jazdy, bez auta, z pustym kontem. Miałam tylko dwuipółletniego syna. Wiesz, jakie to przerażające? I ta samotność…

Chociaż nie wiem, co gorsze: samotność czy uwłaczające poczucie, że garniesz się do pracy, chcesz coś zrobić ze swoim życiem, a nie możesz nawet dostać dziecka do przedszkola, żeby móc pracować… Tymczasem dzieci z rodzin patologicznych chodziły dziarsko co rano na zajęcia, a rodzice w tym czasie… w palnik. 😎

Zatrudniak zaproponował mi pracę w Auchan pod Warszawą. Zgodziłam się bez namysłu. Wyjeżdżałam o piątej rano, wracałam po dwudziestej trzeciej. Do syna wciąż szukałam niań, bo szybko się wykruszały. Desperacja. To była desperacja…

– I nie bałaś się?

– Jeszcze jak! Bałam się cały czas. Ale strach nie znika, kiedy stoisz w miejscu. Odpuszcza dopiero wtedy, kiedy robisz krok. Moje oczy były pełne strachu.

– A potem była Warszawa?

– Tak. Pamiętam, jak kiedyś wracaliśmy całą ekipą ze zmiany. Powiedziałam dziewczynom w busie: Mam dość takiego życia. Przeprowadzam się do Warszawy. Do dziś pamiętam, jak głośno mnie wyśmiały: „Pieprzysz, i tak tego nie zrobisz”. Wiesz, co się stało? Jeszcze bardziej się zaparłam. „No to patrzcie!” – pomyślałam.

– O wow. I co było dalej?

– Zanim się przeprowadziłam, trafiłam na kolejne schody. Nie dostaniesz pracy, jeśli nie masz co zrobić z dzieckiem. Nie dostaniesz żłobka, jeśli nie masz pracy. Kółko się zaciskało… Musiałam szukać innego rozwiązania.

Na początek wynajęłam pokój przy rodzinie. 500 zł. Dużo jak na tamte czasy, ale tylko oni chcieli mnie z dzieckiem. Okazało się jednak, że kobieta, która mi wynajęła, sama nie pracowała, a w mieszkaniu trwały ciągłe awantury z konkubentem. Jej dzieciaki właziły do mojego pokoju pod moją nieobecność. A żeby przejść w nocy do łazienki, musieliśmy skakać nad ich materacami, bo spali na ziemi. Tak wyglądała codzienność.

Pożyczyłam dwa tysiące złotych od mamy. Te pieniądze szybko się skończyły. Szukałam prywatnego przedszkola i w końcu znalazłam. Syn został przyjęty w trakcie roku. Ale kosztowało to tysiąc złotych miesięcznie plus wpisowe kolejne tysiąc. Dla porównania – wynajem dwupokojowego mieszkania na Bemowie kosztował wtedy 1400 zł.

Pomagała mi mama. Dostawałam pięćset złotych alimentów z funduszu, bo mój były mąż nas zostawił. Nie łożył na dziecko. Nawet nie wiedziałam, gdzie baluje. Wynajmowałam pokój – najpierw u starszej pani, która lubiła sobie wypić. Któregoś razu dostała biegunki. Babcia 80 lat na rauszu z biegunką. Wiesz, co to znaczy? Musiałam na chwilę wrócić w rodzinne strony — nie dałam rady tego dźwignąć. Znowu desperacja.

– A praca?

– Znalazłam stałą w sklepie internetowym jako administrator stron www. Pamiętam ten dzień. Luty, -20 stopni. Jechałam o piątej rano do Warszawy, koczowałam na Dworcu Gdańskim do ósmej, bo wtedy umówiono mnie na rozmowę. Szefa ujęło, że swobodnie poruszałam się online. I mój rudy kolor włosów. Dostałam tę pracę od ręki. I w końcu jakieś sensowne pieniądze.

Wróciłam do Warszawy. Przeprowadziłam się z synem do dwupokojowego mieszkania z obcym mężczyzną. Bałam się. Był introwertykiem. Trochę dziwny. Informatyk — więc szybko złapaliśmy wspólny język. Dało się żyć.

Wtedy moi znajomi bawili się po klubach. Ja grzebałam w skryptach CMS. Stawiałam pierwsze sklepy e-commerce na Sote, Magento, OpenCart. Sprzedawałam bieliznę korygującą i odzież XXL. Zaczęłam uczyć się biznesu, pracy z klientem. Zamiast randek – kodowanie. Zamiast kawiarni – testy sklepów. I wiesz co? To mnie jarało.

– Ale przecież ex jeszcze się pojawił?

– Tak. Pojawił się w Warszawie. Myślałam, że dla dziecka. Ale on przyszedł po mnie. Kiedy usłyszał, że nie chcę do niego wracać – zrobił się agresywny. Zdemolował mieszkanie, powybijał szyby, drzwi. Uciekałam w środku nocy z dzieckiem. Policja? Szowinistyczne przyzwolenie: „Nie histeryzuj, wróć do męża, nic ci nie zrobi”. Potem mnie ścigał z nożami, groził, że zabije. Któregoś razu mało brakowało.

Wpadłam w traumę. Nie spałam. Bałam się wychodzić z klatki. Rozważałam wystąpienie o zakaz zbliżania się. Wiedział, gdzie mieszkam, więc znowu musiałam się przeprowadzić.

Na szczęście – znowu ktoś dobry stanął na mojej drodze. Koleżanka z pracy zwalniała mieszkanie. Dzięki niej mogłam się przenieść. Patrycja, jeśli to czytasz – dziękuję. Patrycja potrafi sfotografować duszę… Jest wyjątkową osobą.

– Wiesz co, Maria… to brzmi jak scenariusz na serial kryminalny. Jak to się stało, że się nie poddałaś?

– Determinacja i dziecko. To, że nie mogłam się poddać. Lepiej próbować, niż sczeznąć. Ale było coś jeszcze – bunt. Nie chciałam żyć tak jak moi rodzice, dziadkowie, znajomi. Ich życie to była wegetacja. Ja czułam ogromną niezgodę. To mnie trzymało.

I literatura. Poezja. Wtedy ogromne wrażenie robiły na mnie teksty Kuby Wichra. Pisał o niezgodzie na życie w szarości. By z każdym dniem powiększać zgraję swoich niepokornych pożądań. 

Poznaliśmy się przez internet. Pisał teksty dla mojej ukochanej kapeli. Zostawił maila, więc napisałam. Odpowiedział. A potem korespondowaliśmy. To było genialne. Jak listy. Romantyczne, inspirujące. Dawało mi siłę.

– Ale przecież były też chwile, że cię przygniatało?

– Oczywiście. Bo tak wygląda życie. Nie jest tylko lukierkowo i z górki. Szczęście to stan umysłu i chwile. Reszta to szara codzienność. Najbardziej bolało, że byłam z synem sama. Bez rodziny. Bez wsparcia. Tylko ja i on.

– I jak to możliwe, że się nie poddałaś?

– Do dziś nie wiem. Może dlatego, że wiedziałam jedno: powrót do mojego miasteczka byłby końcem. Tam nas nic nie czekało. Wszechobecny alkoholizm, przemoc, wegetacja. Nie chciałam zostawiać dziecka, by wyjechać za granicę za pieniędzmi. Tu, w piekle, walczyłam o coś więcej. Przynajmniej na swoich zasadach i ze sprawczością w dłoniach.

I wiesz, Marta… Dziś, kiedy ktoś mówi, że ma przeszkodę, bo zacięła mu się szafka, kawa leci wolniej z kawiarki, albo musiał zaparkować dalej – nie oceniam. Rozumiem ten mechanizm. Bo to nie są prawdziwe przeszkody. To są wymówki, którymi przykrywamy lęk.

Problem nie jest w tym, co cię otacza. Problem jest w tym, że uciekamy w drobiazgi, żeby nie spojrzeć strachowi w oczy. 

A prawda jest taka: 

Świat naprawdę potrafi dojechać kobiety. Ale my wciąż się podnosimy. Bo siła nie bierze się z wygody. Siła rodzi się w codziennym buncie, w tym, że nie przestajesz pragnąć i marzyć, choć wszyscy wokół mówią: „nie dasz rady”.

Wierzę w ciebie

Bo jeśli ja – dziewczyna bez wsparcia, bez domu, bez pieniędzy – potrafiłam iść, to ty też możesz. A jeśli dziś masz przy sobie partnera, rodzinę, bezpieczny dach nad głową i dzieci, które są szczęśliwe – masz jeszcze więcej powodów, by próbować.

Po prostu nie przestawaj. Nie przestawaj pragnąć. Nie przestawaj marzyć.

Sięgaj po życie takie, jakiego Ty chcesz. Zwłaszcza jeśli to obecne bardzo Ci nie odpowiada.

maria tanska komunikacja marki

Maria
Maria

Zbudowałam markę od zera i dziś pokazuję kobietom, jak stawia się granice, mówi tak, by klienci wreszcie widzieli wartość, a nie tylko cenę.